Karp Libeskinda

Opublikowana przez Wydawnictwa Naukowo-Techniczne książka autorstwa Daniela Libeskinda „Przełom: przygody w życiu i architekturze“ nie jest ani naukowa, ani techniczna.

W zasadzie, ciężko powiedzieć, o czym ta pozycja traktuje. Niewątpliwie jest rodzajem autobiografii, dającej pewne pojęcie o drodze i rozwoju kariery modnego obecnie amerykańskiego architekta z polskimi i żydowskimi korzeniami.

przelom1_wp

Jest również zapisem przemyśleń, które Libeskind próbuje strukturalizować do formy pewnych małych teorii, ale próby te nie są niestety udane, w wyniku czego powstaje wyłącznie pojęciowy chaos.

W następnej kolejności, jest całkiem interesującym obrazem mechanizmów rządzących procesami funkcjonowania architektów na niezwykle konkurencyjnym i skomercjalizowanym rynku amerykańskim oraz ultrabiurokratycznym i upolitycznionym – niemieckim. I prawdopodobnie ta warstwa „Przełomu…“ jest najciekawsza.

Jest w tej książce coś osobliwego, co przypomina architekturę Libeskinda – pisana z niewątpliwym zaangażowaniem, a nawet pasją, jest jednocześnie chaotyczna, krzykliwa, poszarpana, nielinearna i – momentami – również niezwykle pretensjonalna.
Natrafiamy bowiem na poetyckie kwiatki w stylu: „Wszystko, co pamiętamy, jest oświetlone. Reszta pozostaje w ciemnościach. Przeszłość zanika w ciemności, a przyszłość jest nieznana. Jedyne, co widzimy, to gwiazdy.“
Przyznam, że po przeczytaniu tych linijek na moment opuściła mnie odwaga.

Jednocześnie w wielu miejscach pojawiają się twierdzenia, z którymi po prostu nie sposób się zgodzić, nawet zakładając, że są wyłącznie subiektywnym odczuwaniem, przeczą bowiem całkowicie zdrowemu rozsądkowi i ludzkiemu doświadczeniu. To razi, ponieważ o ile autor w wielu kwestiach nie ma wątpliwości, czytelnik zaczyna mieć ich mnóstwo.

Nie jest jednak tak do końca źle. Przywołując w poprzednim akapicie określenie „coś osobliwego“, mam na myśli również własną reakcję po zakończeniu lektury. Zżymając się na samouwielbienie Libeskinda (ten motyw zaczyna się już na trzeciej stronie wyznaniem: „byłem swojego rodzaju cudownym dzieckiem“), irytując płyciznami intelektualnymi oraz poziomem literackim (to może być kwestia przekładu), nie mogę powiedzieć, żebym dla autora nie czuł swego rodzaju sympatii, czego nie da się w tym przypadku logicznie wyjaśnić.

Tłumaczenia koncepcji projektowych, które prezentuje nam Libeskind, pełne naiwnej symboliki, mogą naprawdę przygnębić wyrobionego intelektualnie odbiorcę, jednak czytając je ma się poczucie, że gdzieś za tym wszystkim stoi prawdziwa pasja – która od czasu do czasu pozwala autorowi osiągnąć bardzo dobry efekt. Oczywistym też staje się czemu Libeskind najlepiej spisuje się w projektach miejsc pamięci, muzeów i tym podobnych. To rodzaj twórcy, który koniecznie chce nam, odbiorcom jego budynków, opowiadać historie. Dramaturgia jest jednym z obowiązkowych składników jego architektury. I jakkolwiek mam wrażenie, że w większości przypadków prowadzi go na manowce, to trzeba też przyznać, że Muzeum Żydowskie w Berlinie jest przykładem, kiedy metoda architektury ‚fizjologicznej‘ – tworzonej tak, by działała również pozawzrokowo – sprawdziła się bardzo dobrze.

Najciekawsze, o czym wspominałem na początku, są rozdziały poświęcone podjazdowym walkom o poszczególne projekty toczonym w środowisku architektów, polityków, deweloperów jak również dziennikarzy i mediów – dotyczy to przede wszsytkim WTC oraz muzeum w Berlinie. Wyłaniający się z tych opisów obraz pozwala nam docenić niewątpliwy talent Libeskinda w kreowaniu zarówno swojego wizerunku – jak i samych zdarzeń. Tu z całą mocą należy stwierdzić, że jest to umiejętność na obecne czasy bezcenna.

W całości książki rażą sztucznie dodane (widać w tym starania dewelopera Złotej 44) odniesienia do Polski. Sprawiają wrażenie dopisanych specjalnie na potrzeby polskiego wydania – nie do końca wiem po co. Śmieszą z kolei błędy rzeczowe, wśród których do najzabawniejszych należy przywołany w tytule tej recenzji karp: „W Łodzi, mieście oddalonym od morza, karp zawsze stanowił wielki rarytas…“
Mam niestety wrażenie, że całość działalności artystycznej Daniela Libeskinda mogłaby zostać wpisana w to jedno zdanie. Ryba. Morze. Niby wszystko OK…

Wojciech Jagiełło

Libeskind Daniel, “Przełom: Przygody w życiu i architekturze”, Tłum. z ang. M. Zawadka, s. 228, WNT, 2008.







Szczegóły